"Łódź Kaliska. Parada Wieszczów."

8 kwietnia - 4 czerwca 2017
Wystawa czynna: od wtorku do niedzieli w godz. 11:00 - 19:00
Wernisaż: 7 kwietnia 2017 o godz. 19:30

POZIOM 2

kurator: Monika Małkowska

SZARŻA NA TLE WIESZCZÓW
Monika Małkowska

„Radość niszczenia jest równocześnie radością tworzenia” – to jeden z bon-motów Michaiła Bakunina, teoretyka anarchizmu z połowy wieku XIX. Ten oto myśliciel mógłby napisać wstęp do wystawy Łodzi Kaliskiej oraz zanalizować ich postawę pod kątem przydatności dla rewolucji.
Jakiej?
Z pewnością skierowanej przeciwko kapitalizmowi (zwłaszcza współczesnemu), odbierającemu jednostce wolność rozumianą jako pełny i swobodny rozwój potencjału fizycznego, intelektualnego i moralnego.
We współczesnej sztuce polskiej przewijają się/pojawiają postaci będące w opozycji do obecnego systemu ekonomicznego, do porządków i układów neo-kapitalistycznego państwa tworzonego trochę na chybił-trafił.
Ale tylko Łódź Kaliska dotyka ważnych problemów dotkliwie i prześmiewczo, miękko i wyraziście. Bez dydaktycznego smrodku, bez zapalczywości, bez osobistych powodów.
Oni rewidują Polskę bawiąc się w Polskę.
Nie mają zakresu historycznego ani tematycznego.
Co im wpadnie w sokowirówkę pomysłów, staje się materią koktajlu pitego jednym haustem, do upojenia. Bo jak zabawa, to zaba…wa!
Jak wiadomo, gry i zabawy rozwijają świadomość, uczą kreatywności, umiejętności współpracy oraz społecznych postaw. W kontekście współczesnego społeczeństwa zwanego wysoko-ucywilizowanym (cokolwiek by to nie znaczyło), w istocie złożonego z bytów pojedynczych, egoistycznych, aspołecznych i nihilistycznych, droga obrana przez członków ugrupowania Łódź Kaliska jest tyleż outsiderska i niegdysiejsza, co niosąca otuchę – że tak jeszcze można.
„Czy pani jeszcze może…?” pytał Zenon Laskowik panią Pelagię (Bohdana Smolenia) w Kabarecie Tey, na co pani Pelagia ochoczo odpowiadała: „No pewnie, że mogę!”
Oni – Łodzianie – też jeszcze mogą.
Pomimo całkowitej zmiany politycznego i ekonomicznego kontekstu. Pomimo upływu lat. Pomimo to, że z młodzieńców stali się dziadkami.
Nadal się bawią. Wciąż mogą.

Biegają, bo udają
Znacie? Znamy! To obejrzyjcie.
Łódź Kaliska w pełni krasy, formy, stylu (własnego).
Zobaczymy ich numery wypracowane w ciągu kilku ostatnich lat. Ćwiczyli je kawałkami, za granicą, w pracowni, w plenerze.
Panie, panowie – oto polska premiera „Parady wieszczów”.
Będzie też krótki wstęp z przeszłości ugrupowania, której meandry prowadzą od „Bitwy pod Grunwaldem” do „Komuny Paryskiej”, zwłaszcza pewnej kobiety (ma na imię Marianna) z obnażonym biustem, która powiodła lud na barykady. To jednak tylko gwoli przypomnienia, że nie urwali się z choinki.
Bo dziś, na gościnnych występach, pod auspicjami Łodzi Kaliskiej, wystąpi kombo geniuszy-proroków: Jan Janina Kochanowski, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Stefan Żeromski. W tle zaś pojawi się szarża ułanów.
Taki ultrapolski koktajl, którym matki karmią dziatwę; belfrzy (kto by nie pamiętał Bladaczki z „Ferdydurke”) wbijają podopiecznym w jaźń, pamięć i świadomość; duszpasterze – w dusze. Od pokoleń, od zawsze. Taka tradycja.
Wracając do szarży: dla Państwa wygody kawaleria pozostawała w bezruchu. Dla zminimalizowania kosztów, trudów i niebezpieczeństw – konie zostały zastąpione kozłami. Gimnastycznymi. Aby scenie dodać walorów wizualnych – zamiast ubranych w mundury panów w akcji udział wzięły panie. Roznegliżowane.
Żeby sobie wyobrazić, jakby to wyglądało udynamicznione, puszczone w ruch – publiczność proszona była o truchtanie wokół nagiej damskiej konnicy. Taki teatr à rebours – „scena na scenie” nieruchoma, za to widownia w akcji. Do tego ktoś ze spektatorów biegających dookoła rozebranej konnicy filmował ją podczas okrążeń.
Na taśmie filmowej dało to efekt galopu, szarży. A jak ta iluzja wygląda na stop-klatce?
Postaci „szarżujących” pań są niewyraźne, kontury ich postaci tudzież sylwetki kozłów-wierzchowców – rozmazane; tło sprowadzone do horyzontalnych, zamglonych pasm kolorów. Na ekranie i na zdjęciach, za rozmytymi poprzez pęd kształtami ciągną się „komety” form, dające wrażenie jeszcze szybszego ruchu. Za to obserwatorzy – właśnie ci, którzy naprawdę przemieszczają się, lecz są na pierwszym planie, fotografowani z bliska – zdają się tkwić w tym samym miejscu.
Ten powszechnie stosowany (lecz nieuświadomiony przez widzów) chwyt unaocznił publiczności dawno temu Andrzej Wajda w filmie „Wszystko na sprzedaż”. Tamże, kilku statystów, zaopatrzonych w husarskie skrzydła i stosowne nakrycia głowy, biegało dookoła kamerzysty, robiąc za całą armię Sobieskiego.
Mniejsza jednak z trickami filmowymi. Ważniejsze są ułudy, na które dajemy się nabrać w wyniku podstępów Łodzi Kaliskiej.

Prorocy w szyku
Tytuł „PARADA WIESZCZÓW” nie wieszczy niczego dobrego.
Nic w tym dostojnego, godnego wieszcza właśnie.
Już w określeniu „parada” kryje się kpina. Żaden bowiem godny tego miana duchowy przywódca nie pozwoliłby sobie na wzięcie udziału w paradzie – czyli popisowym przemarszu przed oczyma publiczności, w której każdy ma prawo zająć miejsce obserwatora. Czy to władca, czy arystokrata, czy chłop, czy robotnik – każdemu wolno gapić się na paradujących.
Wyklucza to elitarną, ekskluzywną i wyizolowaną z tłumu pozycję wieszcza.
Poza tym, co wieszcz miałby do roboty w takiej masowej manifestacji? I manifestacji czego? „Wieszczowatości”? Przydatności czy predyspozycji do natchnionego przepowiadania przyszłości?
Toż to obelga dla każdego Wernyhory – przyznanie się do swej nie-wyjątkowości, znalezienie wspólnoty wizji (lub interesów) z innymi profetami, wyruszenie z nimi ramię w ramię w trasę wyznaczoną na pochód. Do tego – jakież upokarzające powinności: tu pomachać ręką fanom, tam podtrzymać iskrę w wątpiących, ówdzie skłonić się przed trybuną decydentów.
I nawet nie wiadomo, pod jakim hasłem miałby być zorganizowany przemarsz: ku pokrzepieniu serc, ku przestrodze przed inwazją ideologicznego zła (jakie by ono nie było), czy może – w imię zamanifestowania duchowej siły, zdolnej stawić odpór wszystkiemu, co polskości wraże?
Tej niepewności nie rozwieje wystawa „Parada Wieszczów”.
Ba, zapewne wprowadzi większość widzów w konfuzję. Brak bowiem wyraźnych wskazówek, za czym Łódź Kaliska optuje, a przeciwko czemu się sprzeciwia. Przecież kpina z tradycji – to nie przesłanie.
Ale… może trzeba wznieść się ponad tradycję? Zobaczyć ją w nagiej, pozbawionej literatury, teorii i idologii, wizualnej formie? Dostrzec wszystkie uwikłania w teatralny, kabaretowy aspekt: przecież w każdym dramacie drzemie też potencjał komediowy. Przegięcie tylko w jedną emocjonalną stronę sprawia, że rzecz traci wiarygodność. Każdy pozytywny bohater, jeśli nie ma wad, staje się papierową postacią. Zrównoważenie pozytywów negatywami – to żelazna reguła każdej wielkiej, ponadczasowej sztuki.
Są tacy autorzy, u których ironia nie tylko dominuje nad patosem – także ten patos wykoślawia do granic parodii (że przywołam Stanisława Ignacego Witkiewicza, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka).
Lubię Łódź Kaliską między innymi za to, że nie dmą w trąby powagi. Nie udają badaczy społecznych nastrojów, nie opatrują swoich działań pokrętnymi interpretacjami, naszpikowanymi naukową terminologią. Jeśli Łodzianie piszą autokomentarze – to na takim samym poziomie nie-powagi, jaki cechuje ich performances czy inscenizacje. Wszystko tu się miesza: śmiech i strach, zło i dobro, refleksja nad (polskością) i kpina z (polskości). Równolegle do tej emocjonalnej mieszanki tasowane są historia, teraźniejszość, przyszłość.
I wszystko to w karnawałowej atmosferze, w kostiumach improwizowanych z tego, co pod ręką.
Łodziane/Kaliszanie nie stawiają jednoznacznych diagnoz.
Nie chcą nas, odbiorców, przekabacić na swoją stronę – gdyż nie sposób zaznaczyć granic tej „strony”. Sami do siebie nie mają poważnego podejścia. Ich autorytety są rozciągliwe, ich doktryny – ruchome jak piaski.
Co im tam wieszcz? Tyle, co majonez. Bo jak wydało się w trakcie przygotowań jednego z wątków „Parady wieszczów”, są takie miejsca na mapie Polski, gdzie krem-sos z żółtka i oliwy otoczony jest większym kultem, niż najsłynniejsze pióro okolicy.
I tę niemiłą intelektualistom prawdę trzeba przyjąć na klatę.
A Łodzianom/Kaliszanom to nie wstyd, nie hańba. Oni chichoczą. I kręcą swoje majonezy.

Łobuzy z podwórka sztuki
Teraz trochę historii. Łódź Kaliska plasowała się (od zawsze, od 1979 roku) nie tyle w głównym nurcie naszej sztuki, co na jej poboczach. We czterech (stan bieżący, bo zaczynali w piątkę) liczą ponad 250 lat. Jaki jest wiek przeciętnego członka ŁK nie zdradzę, proszę sobie wyliczyć średnią. Jako formacja formalnie zbliżają się do czterdziestki (okrągła rocznica wypadnie w 2019 roku) – a to w metryce ciała zwanego ugrupowaniem artystycznym wiek matuzalemowy. Tak długo grupy nie żyją!
Na oko wydają się poważnymi panami z poważnymi minami i jeszcze bardziej serio profesjami: architekt, chemik, historyk sztuki. I tylko jeden – artysta. Mimo wszystkie różnice zawodowe, dogadują się. A najlepiej im to wychodzi na spędach z udziałem pięknych pań, inaczej zwanych Muzami. Muzy ich inspirują, pozują do zdjęć/inscenizacji, biorą udział w happeningach.
Łodzian, ich Muzy oraz członków-kandydatów (bo i tacy są) cechuje swoista niewinność, która w ich sztuce przeobraża się w prześmiewczość. Ta zaś urasta do potworności. Coś na podobieństwo figur z „Pornografii” Gombrowicza.
Wszyscy czterej cierpią na zatwardziały syndrom ułańskiej fantazji z pop-kulturowymi powikłaniami. W doborze tematyki zachowują pełną niefrasobliwość. Każdy motyw dobry, jeśli inspirujący.
Na arenie polskiej sztuki nie ma analogicznego zespołu z podobnie długim stażem i niezmiennym (od początku) statutem. Wszystkie formacje bazujące na zróżnicowaniu form wyrazu, na ironii i absurdzie – jak choćby Azorro czy Łyżka Czyli Chilli – przetrwały znacznie krócej. Wyczerpywały się pomysły, zmieniały poglądy członków i ich status materialny, pojawiały się konflikty… Tymczasem Łódź Kaliska, zespół ukonstytuowany podczas Karnawału Solidarności, przetrwał zapaść stanu wojennego, przetrzymał dogorywanie PRL-u, przeżył transformację ustrojową, nie dał się zniszczyć polskiemu drapieżnemu kapitalizmowi i poradził sobie ze zmianami mentalnymi rodaków wynikłymi z braków i dobrodziejstw III RP.
Łódź Kaliska trwa na burzliwym morzu najnowszej historii Polski i płynie zawsze pod prąd obyczajowych huraganów. Takie don Kichoty made in Poland. Jedni przyklaskują ich straceńczej strategii, inni czują się obrażeni w swej ideologicznej powadze. A Łódź Kaliska nadstawia ciała z każdej strony – to naraża się patriotom, to feministkom, to prawicy, to lewicy. Bo Łodzianie nie uznają żadnego ideolo-prymatu. To ich siła.
Gdyby próbować odpowiedzieć na pytanie: kim są? – trudno byłoby znaleźć jeden adekwatny termin. Co więcej, próby zdefiniowania ugrupowania prowadzą poza słownictwo znane/stosowane w teorii sztuki.

Pierwsi do narażania (się)
Łódź Kaliska mistrzowsko dworuje sobie ze wszystkiego, co inni stawiają na piedestale. Nie faworyzuje żadnej stylistyki, czy raczej – anektuje wszystko, co aktualnie jej przydatne.
Łodzianom/Kaliszanom najbliższa jest postawa dadaistyczna, za którą „rdzenni” dadaiści zbierali cięgi (sensu largo i sensu stricto), co zdarza się również ŁK. Nawet jeśli cielesne urazy nie były/nie są ich udziałem, obrywają za stawianie się w poprzek artystycznemu establishmentowi.
Można by ich nazwać permanentnymi anarchistami, nihilistami sztuki, kontestatorami zastanych porządków. Ale wszystkie te określenia są zbyt wzniosłe, nieprzystające do ich poglądów ani strategii działań.
Wolę ich określić mianem chuliganów sztuki. Oni nie filozofują. Po prostu są przekorni i wywracają na nice (patrz: Stanisław Lem, „Bajki robotów”) to, co „do wierzenia podane”. Nie ufają dogmatom – a może są po prostu ciekawi, co kryje się pod spodem?
Dlatego skupiają się na penetrowaniu rewersów sztuki.
Rewersów? Co ja mówię, to dla nich za elegancko! Oni włażą sztuce do flaków, zaglądają do ślepej kiszki, przysadki mózgowej i grasicy. Szukają sztuce brudu za paznokciem, nagniotka na pięcie, odrostów na farbowanej czuprynie. Są wyczuleni na każdy fałsz, tak twórców, jak odbiorców.
To łobuzy, dla których nie ma żadnej świętości.
Ale, ale! Nieprawda. Mają swojego boga: doskonałość formy. Siła przekazu zawarta w przemyślanym, dopracowanym w każdym calu kształcie. W tym aspekcie trwają przy tradycji.
Niby wyrośli na podglebiu Kultury Zrzuty, niby z pnia groteski, zgrywy, sztuki żenującej – a tak naprawdę w poszanowaniu dla Formy. Jak Witkacy – szaleni i zarazem zdyscyplinowani.
Trzynaście lat temu wywołali skandal za sprawą okładki w „Playboyu”: ogołocili z godności godło polski (naga młoda piękność „wpisana” w kształt białego orła, ze skrzynkami po coca coli jako narodowym rekwizytem). Nie mniejsze poruszenie wywołali wystawą w Centrum Sztuki Współczesnej-Zamku Ujazdowskim „Niech sczezną mężczyźni” (2008), narażając się na ataki feministek. Powód? Rozebrali Muzy (to akurat nic szczególnego) i „zatrudnili” w typowo męskich zawodach, jak kominiarz, tapicer, wylewanie asfaltu.
Każda ich sesja (a organizują cykliczne zjazdy w Łodzi, rzecz jasna) była/jest ekscesem.
A podczas zjazdów dzieje się! To burze mózgów połączone z happeningami; spotkania pod patronatem Muz i galopady przez historię sztuki; penetrowanie codzienności, wyłuskiwanie inspirujących plotek z brukowców i z mroków przeszłości.
Z takiej wybuchowej mieszanki nie mogło powstać nic, co przystawało/przystaje do mainstreamowych nurtów.

Wieszcz bez wieszcza
Czy teraz Kaliszanie zbulwersują publiczność?
Myślę, że każdy cykl z „wieszczej” serii ma obrazoburczy potencjał.
„Stefan Żeromski i Majonez Kielecki” narażą się pewnie podobieństwem do „Zupy Campbell” Andy’ego Warhola. Przystojne (choć zniekształcone nierzeczywistymi kolorami) oblicze pisarza pojawia się na tle zwielokrotnionego napisu „bez konserwantów”, zacytowanego z opakowania majonezu. Seria kilkunastu słoiczków tego przysmaku też kojarzy się z pracą na papierze amerykańskiego mistrza pop-artu. To jakże to? Przerobić autora „Przedwiośnia” na modłę amerykańską?
Juliusz Słowacki też może nie przypaść tradycjonalistom do gustu. Poemat „Balladyna” przeobraził się w krwawy komiks rozpisany na kilka plansz. Teksty (fragmenty oryginału) w dymkach ulatują z ust i myśli bohaterów zastygłych w przerysowanych gestach, z nadekspresyjną mimiką – jak aktorzy z amatorskiego teatru. Kampowego sznytu dodają inscenizacjom niedorzeczne, niby-historyczne kostiumy. Pikanterii całości dodaje stylizacja „na selfies” robione przez czarną heroinę dramatu (co by było, gdyby Balladyna miała telefon komórkowy?…). Kto nie lubi pure-nonsensu i kampu, może zatrząść się z oburzenia.
Adama Mickiewicza właściwie nie widać – jego obecność została sprowadzona do rozpikselowanej reprodukcji obrazu „Polonia” Jana Styki. Choć nie, jest jeszcze aneks: kilkadziesiąt białych, gipsowych popiersi wieszcza wrzuconych do akwarium (jak ryby bez wody).
Wreszcie – Janina Kochanowska zamiast znanego skądinąd poety z Czarnolasu. Łodzianie wykorzystali tu newsa sprzed kilku lat, w którym informowano o znalezieniu czaszki kobiety w miejscu domniemanej mogiły Jana Kochanowskiego. To wystarczyło, żeby ŁK zabawiła się w swoim starym stylu. Członkowie grupy i ich Muzy zaimprowizowali sytuacje ze znanych historycznych obrazów. Tuzin znanych malowideł przerobiono na sceny z życia Janiny Kochanowskiej – kobiety. Te fotograficzne pastisze na pewno zrewolucjonizują naszą wiedzę o renesansowym poecie. Przede wszystkim, poddadzą w wątpliwość jego tożsamość płciową. Może bodaj w tym przypadku feministki zostaną usatysfakcjonowane?